– Sto pięćdziesiąt orenów i ani orena mniej. – Triss wydęła wargi i założyła ręce na piersi. Targowanie te dziady miały we krwi.
– Niech już będzie, psiamać! – warknął rozeźlony wójt i machnął swoją szeroką łapą. – Ale skóra ma być zdarta ze skalpem.
– A jak niechcący miecz omskie się na łeb poczwary? – zapytała od niechcenie kobieta i sprawdziła uprząż swojego konia.
– To niech się nie omsyka! Chędożone ghule. Żryć by tylko przyłaziły.
– Bywajcie, panie wójcie – powiedziała Triss, sadowiąc się na grzbiecie wierzchowca. – Wrócę przed świtem.
1. Rozpoznanie 9/10
Zleceniodawca:N. Weltschmerz
Dziś, żartobliwie rzecz ujmując, potrzebowałam aż dwóch pierwszych wrażeń, by w pełni docenić całość kombinacji. Adres nie pokrywa się z tytułem opowiadania, jednak prezencja na tym nie traci. Podoba mi się odkrycie drugiego dna po zapoznaniu się pobieżnie z blogiem. Teraz mogę zacząć snuć już domysły, czy rzeczonym Deszczowym Zamkiem będzie Hogwart, czy może koncepcja przewiduje coś zgoła odmiennego. Brudna krew w adresie też nakłania do refleksji i stawiania sobie pytań. Czyżby bohater był mugolakiem, zdrajcą krwi, mieszańcem? Wiem, że historia rozegra się w uniwersum Rowling i zaczynam być ciekawa, co też mnie tutaj dziś zaskoczy. Bardzo trafne słowa na nagłówku: wiedzieć wszystko byłoby przekleństwem. Ktoś tutaj ewidentnie bawi się z czytelnikiem i wiedzę będzie mu dawkował. Intryguje mnie to. Z czymże się zmierzę?
Zaletą szablonu z pewnością jest przejrzystość. Nic nie przeszkadza mi w wycieczce po zakładkach, by rzucić trochę światła na historię. Kompozycja fioletów jest przyjemna dla oka, a jaśniejsze akcenty na nagłówku nie dopuszczają do monotonii. Nad jedną rzeczą gorzko tylko zapłakałam. Rozmiar czcionki mnie przeraził, zwłaszcza że Twoje rozdziały krótkie nie są. Trudno, wszystko wyjdzie w praniu. Najwyżej będę tekst kopiować. Pragnę tutaj jeszcze wspomnieć o niesamowicie klimatycznej ścieżce dźwiękowej, którą w całości sobie przesłuchałam. Pozostaje zabrać się za czytanie!
2. Oko w oko
· Rozdział pierwszy
Od razu wspominam o kosmetycznej korekcie. Widzę, że stosujesz akapity. Najpewniej formatowanie w blogspocie zjadło pierwszy akapit i popsuło wyrównanie tekstu. Ale to taka drobnostka.
Zastanawia mnie teraz fragment, który rozgrywa się w roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym. Aarica straciła męża, który był mugolem i jego córka wspomina, że matka nigdy nie chciała nauczyć się magii. Jak zatem mają się sprawy? Kobieta jest czarownicą, która nigdy nie uczyła się w szkole, czy może Yarrow nie do końca zdaje sobie sprawę z zaistniałej sytuacji? Czyżby to dziewczynka została obdarzona mocą i ma możliwość nauki, w przeciwieństwie do matki, która postanowiła zrezygnować z własnych umiejętności? Nie umiem sobie tego w głowie poukładać, a czytałam fragment dwa razy. Cóż, z pewnością moje wątpliwości prędko nie zostaną rozwiane, gdyż kolejny fragment ma miejsce sześć lat po pogrzebie i dotyczy zupełnie innych osób.
Wampiry. Wiedziałam o nich już dzięki zakładkom i chciałam wypowiadać się odnośnie kreacji dopiero w punktach związanych z budową fabuły, ale nie mogę się powstrzymać. Rowling wprowadziła te stworzenia do swojego świata i potraktowała po macoszemu, więc w pełni się zgodzę ze stwierdzeniem, że masz duże pole do popisu. Mam jednak dziwne wrażenie, że sam kanon nieumarłego trochę tutaj stęka. Primo, marznięcie. Kilka razy pojawia się wzmianka, że Sloan marznie. Jak? Wampiry z założenia są martwe, ustały procesy życiowe, krew nie krąży, permanentna hipotermia. Wspominasz, że nowy król wampirów jest półkrwi, ale to nadal nie wyłamuje go ze standardów rasy. Taka moja drobna uwaga. Jedzenie i picie. Często pojawia się temat wampirów, które przyjmują pokarmy, ale nie czerpią żadnej przyjemności z jedzenia, a samo pożywienie jest dla nich raczej nijakie. Zaspokajać je miała jedynie krew. Wiem, że w Księciu Półkrwi pojawia się wampir, któremu zostaje rzucony bodajże pasztecik z mięsem, jednak sam zainteresowany zachwycony tym nie był. Twoje zakładki wspominają m.in. o krwistych befsztykach, które są syntetykiem krwi, niech już będzie. Ale piwo kremowe, które na dodatek rozgrzewa? Dobrze, w opisie własnej historii ewidentnie napisałaś, że wampiry półkrwi mogą jeść ludzkie jedzenie, ale nadal mi się to ze wszystkim kłóci…
Podobały mi się malownicze opisy, najpierw cmentarza, potem gospody. I chociaż nie zawarłaś w nich wielu szczegółów, mają swój urok i klimat; niemalże jestem w stanie poczuć chłód, który wszędzie dominował. Ten rozdział dał początek wielu ciekawym wątkom i niemalże żałuję, że opowiadanie ma dopiero cztery rozdziały, gdyż z pewnością wiele się nie wyjaśni.
· Rozdział drugi
Na samym początku chciałabym rozważyć umiejscowienie wydarzeń w czasie. Mamy czerwiec roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego szóstego, zatem Draco ukończył piąty rok nauki w Hogwarcie i wrócił do domu. Lucjusza Malfoya aresztowano po wydarzeniach w ministerstwie, które miały miejsce w trakcie SUMów, a dokładniej w nocy po egzaminie z historii magii, który pisano jako ostatni, zatem o ile dobrze pamiętam, był to drugi tydzień czerwca. Bezpośrednio po zakończeniu egzaminów uczniowie nie wrócili do domów, czekali na oficjalne zakończenie semestru letniego i podsumowanie roku. Draco wrócił, rozpoczyna się rozdział i mamy koniec czerwca, zatem w domu mógł w sumie przebywać zaledwie kilka dni, nawet nie tydzień. W tym czasie zdążył być włączony do grona śmierciożerców poprzez wypalenie mrocznego znaku oraz rozprzestrzeniły się plotki, z których wyłapał coś Zabini? Dalej, pierwsze wzmianki o dziwnej misji Malfoya pojawiają się na początku Księcia Półkrwi, gdy Ślizgon siedzi w przedziale z przyjaciółmi. Wspominasz również o prowadzeniu badań związanych z szafką zniknięć, co więcej, Draco miał już przeczytać kilka książek. Znów stawiam pytanie, kiedy zdążył tego dokonać? I czy faktycznie już na samym początku wpadł na pomysł ze sprowadzeniem śmierciożerców do zamku, czy najpierw miał próbować uśmiercić Dumbledore’a za pomocą innych dostępnych środków? Odnosząc się do wydarzeń z historii Rowling, Harry, Ron i Hermiona spotkali Malfoya na Pokątnej w sierpniu (gdyż na zakupy udali się kilka dni po urodzinach Pottera) i wtedy Draco faktycznie oglądał już szafkę. JEDNAK, odnoszę wrażenie, że o jej właściwościach wiedział dużo wcześniej, stąd ewentualnie mógł narodzić się jego pomysł. Musiał naprawić egzemplarz w Hogwarcie, a przede wszystkim go odnaleźć, więc po co w ostatnich dniach sierpnia tak namiętnie przeszukiwał książki, by znaleźć jakieś informacje? To bardzo chętnie z Tobą bym przedyskutowała, by rozwiać własne wątpliwości, więc jeżeli czujesz się na siłach, koniecznie daj znać! Przeskoczmy teraz już do konkretnych wydarzeń fabularnych w tym rozdziale. Zastanawiam się nad pewną statycznością sytuacji na progu domu Malfoyów. Draco wpuszcza Zabiniego do środka i pyta go, czy ma ochotę na coś do picia. Nie wiem, może to kwestia niechęci do gościa, jednak dziwnie mi ta sytuacja wygląda.
Pojawia się Bellatriks. Jak gdyby nigdy nic i ma ze sobą jeńca. Na dodatek najpewniej zdemolowała salon. Wiem, że Lestrange jest niezrównoważona, ale… po co? Skoro pojmany zdrajca krwi większego oporu nie stawiał, a Draco i Zabini nie słyszeli jakiejś szamotaniny lub innych odgłosów walki. Tylko krzyk, nic więcej. Kto i kiedy zatem zdemolował salon? I nazwisko Segrave.Nazwisko Yarrow. Kim jest ten mężczyzna? O czym mówi Bellatriks? Kim jest ten człowiek, skoro ojciec dziewczyny nie żyje…
Kwestia naszych bliźniaków i ich wampiryzmu. Chciałabym jakieś wyjaśnienie, dlaczego bez problemu funkcjonują w dzień… To kwestia pomieszania krwi matki z krwią ojca-czarodzieja? Potem jeszcze odwiedziny w uroczym domku przy lesie i zapach rozkładających się ciał. Jedno gnijące truchło wydziela niesamowicie intensywny zapach, który byłby wyczuwalny poza obrębem budynku. My mamy cały pokój ciał, a wspominasz o zapachu zaledwie delikatnym. Dziwię się również reakcjom Sloana – są bardzo, bardzo ludzkie. W ogóle mam dziwne wrażenie, że Twoi wampiryczni bohaterowie mają więcej z człowieka niż z nieumarłego. Strach, obrzydzenie, reakcje żołądka. Wydaje mi się, że ciała wampirów nie powodują aż tak dosadnych bodźców.
· Rozdział trzeci
I znów kiwam się rozdarta, co z tym fantem począć. Odruchy ludzie, ludzkimi odruchami. Jedzenie jedzeniem i przebywanie na słońcu przebywaniem na słońcu. Ale dlaczego ja ciągle widzę człowieka, a nie wampira? Pojedynek z lestatami, którzy mieli być ogarniętymi szałem wampirami niepełnymi sprawia Sloanowi niesamowity problem. Mało tego, w poprzednim rozdziale praktycznie od razu został powalony jego brat, który na dodatek ma wykształcone zdolności czarodziejskie i powinien mieć różdżkę. Dobrze, wspominasz o zasklepiającej się rance, co jest niby charakterystyczne dla wampirów, ale to wszystko. Co więcej, ciągle bazując na Twoich własnych opisach, lestaci mieli być gnani jakimś pierwotnym pędem, a tu zastawiają wcale zmyślną zasadzkę i w dodatku powstrzymują się przed pożywieniem na powalonym dzieciaku. Tak, Sloan i William przypominają mi dwójkę nieudolnych dzieciaków, a jeden z nich rzekomo jest królem wampirzego klanu… Zero jakiegoś refleksu, siły, szybkości. Ot, zmieniają się w ptaki i na chwilę obecną na tym kończą się ich wampirze umiejętności. Krew, bijące serce… (Już absolutnie pomijam możliwość poczęcia w łonie wampirzycy, co również wydaje mi się absurdalne, ale gdy już ktoś pokusił się na taki wątek, potomstwo zazwyczaj rodziło się martwe. Uściślając, ożywione martwe i nie zważajmy proszę na fakt, że brzmi to przekomicznie…) Mam kilka ale związanych z relacjami rodzinnymi. Primo, skąd koncepcja na danie Amaryllis japońskich korzeni? Zdaje mi się również, że to imię nie jest zbyt japońskie. Oczywiście, nie możemy mówić o żadnej regule, a moje marudzenie prawdopodobnie jest gderaniem bez pokrycia. Jednakowoż ciężko mi sobie wyobrazić, że arystokratyczny, wieloletni japoński wampir nazywa swoje dziecko takim zupełnie nietradycyjnym imieniem. Secundo, postać Victora. Skoro zostawił swoją żonę krótko po tym, gdy ta zaszła w ciążę, co robił w rodzinnym zamku? Inne wampiry też podeszły do tego zbywająco – okej, zrobiłeś bliźniaki naszej królowej, wpadaj często na herbatki? Nielogiczne mi się wydaje jakieś jego przywiązanie. Skoro zrezygnował z żony w ciąży, to jaką wartość przedstawiały dla niego dwa wampirki półkrwi? Dziwi mnie jego pomysł wysłania Sloana do Hogwartu. Chłopak ma szesnaście lat; włoży Tiarę i trafi do jednego z domów, a potem pójdzie na lekcje z resztą szóstoklasistów, nie mając nigdy wcześniej różdżki w dłoni? A tak na koniec: papierosy. Nawet w świecie czarodziejskim one się nie rozpleniły, a tu trafiamy na paczkę w wampirzym zamku…
A gdy odchodzimy od wątku Creswellów, przychodzi do mojej pochwały. Yarrow i Aarica, wreszcie te dwie postacie odetchnęły i nabrały kolorów. Chcę w tym momencie pogratulować umiejętnego dawkowania informacji. Charłactwo matki wiele wyjaśnia i po części potwierdzają się moje domysły związane z umiejętnościami magicznymi dziewczynki. Odnośnie tego fragmentu nie mam większych uwag, był w porządku. Co więcej, rozpoczął się interesujący motyw magicznego tworzenia rysunków. Jestem ciekawa, jak to masz zamiar rozwinąć.
· Rozdział czwarty
Na wstępie pojawia się jakieś zawirowanie. Sloan stoi w Dziurawym Kotle i szuka brata. Wlatuje puchacz, który nagle ląduje przed Williamem, a chwilę później Sloan zagląda już bratu przez ramię, mimo że narrator nigdzie nie zaznaczył, że bliźniacy się odnaleźli. Czytałam fragment kilka razy i próbowałam znaleźć jakąś wzmiankę, która sugerowałaby, że się mylę, jednak nic takiego nie dostrzegłam. Cieszę się, że Sloan w pewnym sensie podziela moje obawy; te odnośnie jego umiejętności magicznych. Absolutnie natomiast nie rozumiem absurdalnego pomysłu Victora, by do Hogwartu przenieś Williama. Zakupy, jak się okazuje, chłopcy robią trzydziestego pierwszego sierpnia, wcale niezła data, by o swoim transferze dowiedział się młodszy bliźniak. Książek do Akademii Magii z pewnością nie kupował, prawda?
Fragment z Lenore rozpoczęła ucieczka przed szkolnymi oprawcami. Zastanawia mnie jedno: serio trójka piętnastoletnich chłopaków przy każdej możliwej okazji dręczyła dziewczynę? Wydaje mi się to aż nie do pomyślenia. I co, biegli za nią po Ulicy Pokątnej i absolutnie żaden czarodziej nie zwrócił na to uwagi? Ciekawa wydaje mi się nieobecność Malfoya, którego miejsce zdaje się zastępować Zabini. Dziwne wydają mi się też te dywagacje na temat rzucania czarów. Lenore powinna zdawać sobie sprawę z tego, że Namiar nie złapie jej wśród takiej magicznej masy. Ulica Pokątna pełna była magii, a Namiar Ministerstwa Magii nieprecyzyjny (sytuacja z leguminą w kuchni i Zgredkiem) stąd jakieś wydumane lęki przed oskarżeniami i łamaniem prawa są dość… zabawne. Dwa kolejne ale. Lenore biegnie w stronę Nokturnu, mając nadzieję, że oprawcy tam nie będą jej gonić. O ile dobrze kojarzę, powszechna jest w Hogwarcie opinia, że Slytherin to wylęgarnia śmierciożerców, a i o Gregorym, Vincencie i Zabinim z pewnością można było usłyszeć, że ich ojcowie są zwolennikami Czarnego Pana. Nokturn to niemalże środowisko naturalne w tym wypadku… Dalej, dziewczyna… złamała różdżkę. Tutaj musiałam posiłkować się Internetem, by rozwiać swoje wątpliwości, ale w sumie mi się to nie udało. Wydaje mi się to niemożliwe, różdżka magiczna nie jest gałązką czy patykiem po lodach. Chroni je zazwyczaj ich silny rdzeń. Ron złamał swoją przy spotkaniu z wierzbą bijącą, w różdżkę Harry’ego trafiło zaklęcie Hermiony. Za każdym razem zadziałała duża siła, a uszkodzonego rdzenia nie składało reparo. I w końcu sama Pokątna. Kończą się wakacje po wydarzeniach w ministerstwie, oficjalnie potwierdzono powrót Voldemorta, Prorok drukuje instrukcje, jak zabezpieczyć siebie i innych, Pan Weasley dostał awans i konfiskuje niebezpieczne pseudo-obronne świństwa, które miały się rozplenić. Ludzie się boją, zakupy robią w małych grupkach, sporo witryn sklepowych jest zabitych deskami. Nawet Dziurawy Kocioł miał być opustoszały. U Ciebie nic takiego się nie dzieje, wszędzie tłumy, lodziarnia (a to też jest bardzo ciekawe, gdyż 31 sierpnia miała przyjść informacja, że Florian zniknął, a dokładniej… wywleczono go siłą), błogość i upał. No właśnie, upał. Już na początku Księcia Półkrwi pojawiają się wzmianki o zimnym i ponurym lipcu. Mgła, przygnębiająca atmosfera – po powrocie Voldemorta rozplenili się dementorzy. Jeżeli nie uwzględniasz powyższych, dość brutalnie ingerujesz w kanon, więc sugeruję coś takiego zaznaczyć. Jeżeli to tylko przeoczenie faktów, zawsze można dokonać sprostowania.
a) pierwsze uderzenie (kreacja świata przedstawionego) 15/25
Podoba mi się, że postanowiłaś wnieść do uniwersum Rowling coś swojego. Postanowiłaś rozbudować wątek wampirów. Masz swoich bohaterów, ale nie ignorujesz postaci kanonicznych. Coś się dzieje: konflikt między klanami, egoizm Victora, Hogwart. Twój świat przedstawiony jest rozbudowany, nie osadzasz akcji w jednym miejscu; każdy wątek rozgrywa się na swojej płaszczyźnie, ale już widać, że strzępkami informacji zaczynasz je łączyć i to mi się podoba, gdyż zaczynam być ciekawa relacji, jakie masz zamiar zbudować między swoimi bohaterami. To zdecydowane plusy, ale wrodzone czepialstwo każe wspomnieć o minusach.
Zainteresował mnie podział wampirów, który bazuje na Potter Wiki; zapoznałam się z artykułami, poszperałam trochę sama i mam zamiar postawić kilka pytań. Wampiry rzekomo nieczęsto miały decydować się na potomków (o samej kwestii spornej płodności już wspomniałam…), ale gdy dochodzi już do wampirów półkrwi, nie wspominasz nic o możliwości połączenia się stworzenia nocy i mugola. Tego typu sytuacje nie miały miejsca? Dalej, z Twojego tekstu wynika, jakoby mieszańcy niemalże w całości zatracili szczególne umiejętności czystokrwistych dzieci nocy. Broń Boże nie nalegam, by tworzyć nadbohatera o wielkiej mocy i niesamowitych umiejętnościach. Brakuje mi jednak… czegokolwiek. Sloan posługuje się tylko bronią białą, nie ma różdżki i na dodatek został pozbawiony jakiś umiejętności klasowych. I teraz postawmy przed nim wykwalifikowanego czarodzieja z różdżką w dłoni. Jakie on ma szanse na przeżycie? Mieczem zablokuje Avadę Kedavrę? Uczłowieczyłaś wampiry, w Twojej historii przestały być potworami, o których dzieci uczyły się w szkole na obronie przed czarną magią. Tutaj mają swoje klany, tworzą rody i rodziny. Dystyngowani arystokraci, którzy niespecjalnie chcą się mieszać w sprawy społeczeństwa czarodziejskiego. Niestety wynika z tego coś jeszcze: są po prostu gorsi, słabsi i mają niewiele możliwości, by móc stawiać czynny opór. Dalej, lestaci. Szczególnie ten termin zmotywował mnie do zagłębienia się w artykuły na Potter Wikipedii i spore było moje zdziwienie, gdy odkryłam, że on faktycznie funkcjonuje. Ale do rzeczy – jest to forma pomiędzy zwykłym człowiekiem i wampirem, zgadza się? Gdy przemiana dochodzi do końca, staje się wampirem pełnokrwistym? Mającym takie same prawa, jak, załóżmy, dziecko z dwóch wampirów? Co z magicznymi zdolnościami? Lestaci zatracają je całkowicie i po ugryzieniu nie są w stanie już używać swoich różdżek?
I gdy zajmujemy się tak skomplikowanymi rozważaniami, znów znajduję coś, co podważa całą Twoją strukturę. Dochodzimy do paradoksu, co było pierwsze, wampir czy człowiek i jak do tego ma się lestat? Tutaj zaprzecza sobie nawet Potter Wikia [„Wampiry - są to ludzie przemieniający się w wampira. (…)Można zostać wampirem przez ukąszenie lub się nim urodzić.”]; odnoszę wrażenie, że chciało się dobrze i koncepcja jest, jednak idea zagubiła się gdzieś po drodze. Dostrzegam zbyt wiele nieścisłości.
O dość konkretnych odstępstwach od kanonu wspomniałam przy omawianiu rozdziału czwartego. Dostrzegam również drobne zawirowania czasowe, nad którymi dobrze byłoby się pochylić.
b) wypad (bohaterowie) 9/10
Na chwilę obecną trzymasz się swojej grupy bohaterów. Podoba mi się to, że są zróżnicowani. Świetnie oddałaś różnice w charakterze Williama i Sloana – podobni z wyglądu jak dwie krople wody i diametralnie różni w swoich zachowaniach. Ciekawa jestem, jak wiele wspólnego z ich wnętrzem ma forma zwierzęcia, w które się zmieniają. Kruk Sloana i sowa Williama; to takie smaczki, które dodają kreacji wyrazistości. Ach, jeszcze urocza i nieokiełznana Astrid. Złośliwy chochlik, których kocha swoją wampirze naturę. Chętnie bym o niej jeszcze przeczytała. Najbardziej przypadła mi do gustu kreacja Yarrow, chociaż ciekawi mnie pomysł umieszczenia jej w Slytherinie; co takiego ta dziewczyna ma w sobie, że Tiara zdecydowała się na tak dziwny przydział? Ponoć ceniono tam czystą krew, a Aarica jest charłaczką. Ze starożytnego rodu, ale zawsze, więc krew się wymieszała. Najmniej interesująca na chwilę obecną jest dla mnie Lenore. Puchonka, którą kreujesz na bystrą i inteligentną, starającą się postawić ślizgońskim oprawcom. Dla mnie po przeczytaniu jednego fragmentu ona jest głupia i nierozważna, swoim zachowaniem zaprzecza cechom, o których wspomina narrator.
Po przeczytaniu czterech rozdziałów nie jestem w stanie wypowiedzieć się na temat relacji. William miał starcie z Zabinim w księgarni, kiedy to Blaise w chłopaku zobaczył cechy wampira. Yarrow w sklepie z różdżkami trafia na Sloana; czyżby to dyskretna aluzja, że ta dwójka będzie miała ze sobą do czynienia? Po szperaniu na Twoim blogu w każdym zakamarku wiem, że opowieść w przyszłości będzie dotyczyła życia grupki Ślizgonów. Yarrow jest w Slytherinie. Czyżby tam też miał trafić Sloan? To takie moje domysły. Williama w Domu Węża sobie nie wyobrażam, dlatego byłoby to dla mnie sporym zaskoczeniem, gdybyś postanowiła inaczej. I jak do tego wszystkiego ma się Lenore, o której chyba nie wspomniałaś bez powodu, prawda? Jej nie jestem w stanie ustawić sobie w głowie na ścieżce fabularnej. To chyba jedyny plus tej postaci…
c) uskok (opisy, dialogi, styl) 17/20
Wszystko najlepiej opisze chyba słowo poprawne. Pochwaliłam opisy z rozdziału pierwszego i zatarłam ręce z myślą: ha, teraz to będzie z pewnością jeszcze lepiej! Nie było, wciąż na tym samym poziomie i w pewnym momencie poczułam się rozczarowana. Masz możliwości, ale chyba ich nie wykorzystujesz. Tak jak udało Ci się wpłynąć na odbiorcę przy opisie mrozu, tak na przykład zupełnie nie poczułam wiatru we włosach na dachu zamku, gdzie stali bliźniacy. Genialny moment na wywołanie u czytelnika obrzydzenia był w domku przy lesie. A ja w sumie niewzruszenie śledziłam tekst i coś, na widok czego trzewia Sloana wykonały salto ja skwitowałam krótkim aha. Opis walki. Niby jest krew, jakiś tam dynamizm, ale kolokwialnie rzecz ujmując, kapcie dalej nie spadły. Drgnęłam, gdy do akcji wkroczył Victor, ale niestety trwało to minutę, szast-prast i po krzyku. Po czym wnioskuję, że nie wykorzystujesz pełni swoich możliwości? Ano po drobnostkach i umiejętności wrzucania informacji, nie przeciążając jednocześnie czytelnika. Zaczęłam od dachu – zachód słońca, las aż po horyzont. Zaczyna się świetnie i nagle kończysz, co powoduje dyskomfort niczym zgrzyt płyty w gramofonie, która nagle urywa piosenkę. Zupełnie niewykorzystany motyw skoku z krawędzi dachu. Niby wspominasz o adrenalinie, ale gdzie ten pęd, gdzie ryzyko i w końcu szaleńcza radość, gdy ptak wzbija się pod chmury. Idźmy dalej – bardzo dobry opis rudery. Obrazowo przedstawiasz całość zniszczenia, kreacja niesamowicie plastyczna. Ale znów w środku po łebkach. Piętro, drzwi, schody, lestaci, Victor, koniec. I znów kwituję to krótkim aha. Pokątną poprzedził fajny fragment z puchaczem, potem oczami Yarrow widzimy chłopców z różdżkami i w końcu Sloana, który demoluje sklep nieujarzmioną mocą. Drobiazgi, które pokazują o rozwiniętych umiejętnościach. Dlaczego nie pozwolisz swoim opisom popłynąć? Odnoszę wrażenie, że nużące dla czytelnika nie będą, bo ty po prostu umiesz je tworzyć.
Dialogi są naturalne. Plusem zdecydowanie jest wplatanie w nie pewnej dynamiki. Twoi bohaterowie nie stoją w trakcie rozmowy w miejscu. Biegną, kłócą się, przepychają, zapalają papierosa, głaszczą kota i tak dalej. Przyczepić bym się mogła odrobinę do języka. Uważam Twoje opowiadanie za dobre, więc może nieświadomie wymagania również mam większe i chciałabym, żebyś jeszcze doskonaliła twór? W każdym razie, sugeruję pomyśleć o stylizacji językowej. Sloan na przykład wychował się zamknięty w zamku pełnym przedwiecznych arystokratów. Dobrze byłoby w jego mowę wpleść pewne naleciałości, może archaizmy. William ma kontakt z rówieśnikami, chodzi do szkoły, jego język powinien być inny. To również w ciekawy sposób podkreśliłoby różnice między bliźniakami. Tak samo mało arystokratyczny język przedstawił Draco Malfoy, który oryginalnie często zachowywał się jak książę, czekający na pokłony i szacunek z uwielbieniem. Aż zębami zgrzytnęłam, gdy narrator rzucił „skrzat dał sobie trochę luzu” – to tak nie pasuje do obrazu sytuacji… Lenore i Yarrow są prawdziwe. Nie mówią w wyszukany sposób, zachowują się jak zwykłe nastolatki. Ich reakcje są spontaniczne i niewymuszone.
d) cięcie (poprawność) 13/15
Piszesz poprawnie i jedyny przytyk z mojej strony to… postępująca zaimkoza. Uwielbiasz zaimki, a ich nagromadzenie w jednym zdaniu bywa często męczące. Owszem, wszyscy walczymy z powtórzeniami, ale wyjściem może być skracanie lub dzielenie zdań. Innych grzechów nie dostrzegam. Wymienione błędy to sporadyczne powtórzenie, a czasami wrzucam przecinek. W dwóch miejscach zwiał Ci myślnik w dialogu, a kilka sformułowań brzmi trochę zabawnie. Reszta jest w porządku! Piszesz bez bety, więc w większości błędy wyłapujesz sama. Gratulacje!
Rozdział pierwszy
1. Wiesz, już się nie dziwię, dlaczego nigdy nie chciałaś nauczyć się magii.
2. Miała wrażenie, że rodzice jej zmarłego męża wpatrują się w jej plecy oskarżycielsko (…)
3. Jak ich syn byli mugolami, ale w przeciwieństwie do niego, nigdy nie dowiedzieli się o istnieniu magii i czarodziejów (…)
Coś mi zgrzyta w konstrukcji tego zdania. Może: Byli mugolami, jak ich syn, ale (…)?
4. Sloan zmrużył skośne oczy, wpatrując się w krawędź pobliskiego lasu (…)
Teoretycznie wszystko jest poprawnie, ale ta krawędź. Jakby las był budynkiem, konstrukcją spod linijki. Najpewniej chodziło o uniknięcie powtórzenia „skraj lasu”, które pojawia się w dalszej części zdania, ale sugeruję pomyśleć jeszcze nad krawędzią. Słownik synonimów proponuje kraniec, brzeg, granicę i mam wrażenie, że któreś z nich będzie wyglądało lepiej.
5. (…)spytał, uważnie obserwując tkwiącego w ciszy Sloana (…)
Broń Boże nie namawiam do zubożenia Twojego języka. Ale chyba lepiej pasowałoby mniej poetyckie określenie. Sformułowania „pogrążone w ciszy” najczęściej odnoszą się do miejsc. Tutaj trochę wyszło tak, jakby Sloan w tej ciszy utknął, na przykład jak w błocie.
6. (…)bo nawet jeżeli z dwójki rodzeństwa to właśnie on miał największe zadatki na króla, to nikt w gruncie rzeczy nie był zadowolony z tego (…)
7. Sloan niejednokrotnie zastanawiał się, czy Barnaba chciałby zostać kiedyś ich przywódcą (…)
8. (…) która zapadła w pubie wraz z jego przybyciem. Już dawno przyzwyczaił się do tego, że choć wrazz całym klanem (…)
9. Miała na sobie obcisłą i kusą, czarną sukienkę, za którą kusząco znikały paseczki podtrzymujące pończochy.
Wiem, że mowa o pasie do pończoch. Jednak za sukienką te paseczki znikać raczej nie mogły. Mieściły się raczej pod nią.
10. Nad dość głębokim jak na jej wiek dekoltem połyskiwał srebrny łańcuszek (…)
Brzmi trochę tak, jakby łańcuch wisiał nad biustem dziewczyny, a najpewniej spływał między piersi, będąc zapiętym na szyi. Ergo, przylegał do skóry.
11. (…) jak oni nienawidzą nas, to nie zamierzam się na nich mścić i potem próbować się usprawiedliwiać tym, że nas dyskryminują.
12. W głęboko zielonych oczach Astrid rozbłysnął płomień dumy (…)
Jak wyglądają głęboko zielone oczy?
13. Ściągnęła nogę z klatki piersiowej Sloana i postąpiła okilka kroków w tył.
14. (…)majacząc się na gęsto usłanym gwiazdami niebie.
Rozdział drugi
1. Po szybkim prysznicu starannie pościelił łóżko i ubrał się elegancko, chociaż dzisiejszy dzień miał zamiar spędzić w cichych zakamarkach domu.
Zawsze mam problem z tym określeniem. Wychodzi z niego trochę masło maślane, na dodatek dziwnie brzmiące, gdy narracja została skonstruowana w czasie przeszłym. Bardziej na miejscu byłoby coś w stylu „tamtejszy dzień” lub zostawić po prostu samo „dzień”.
2. Zszedł po schodach na parter i zaraz po zaparzeniu sobie gorącej herbaty, skierował się do biblioteki, nie potrafiąc wyobrazić sobie bardziej produktywnego sposobu (…)
3. Po chwili obaj siedzieli już w wygodnych fotelach, nie wiedząc, od czego zacząć.
4. Chciał, by ten sam zadecydował go o tym poinformować, a nie czuł się do tego zobowiązany, gdy Blaise o tym wspomni.
W tym zdaniu szaleje prawdziwa zaimkoza…
5. (…) a następnie z leniwą manierą odwróciła się ku Draconowi i Blaise’owi (…)
Tutaj ta odmiana jest wybitnie kanciasta. Owszem, oryginalny tekst nie ma nawet „Dracona”, który został skonstruowany na potrzeby tłumaczenia. Odmiana nazwiska Blaise’a też łamie tutaj oczy i język. Może: (…) odwróciła się w stronę Draco/Dracona i Blaise’a?
6. (…) a z ciemnej plamy w bocznych okolicach brzucha groźnie sterczała ozdobna rękojeść sztyletu.
Boczne okolice brzucha…?
7. — Jak to, nie widzisz? – spytała z udawanym smutkiem w głosie Bellatriks (…)
Zmieniłabym szyk na: spytała Bellatriks z udawanym smutkiem w głosie.
8. – Wiem, o co ci chodzi.
9. Obiecujesz, że nie zajmie nam to więcej niż dziesięć minut i potem od razu (…)
Myślnik zwiał.
10. Najpierw powiesz mi, czemu wyglądasz jak dziesięć nieszczęść, a potem, co mamy do załatwienia i dlaczego muszę przy tym być...
11. — Wyglądasz, jakbyś się porządnie nie wyspał od miesiąca.
12. Dom był w opłakanym stanie. Prawie wszystkie okna na piętrach pozabijane były deskami (…)
13. (…) część cegieł komina po prostu brakowało (…)
Lepiej byłoby chyba „części cegieł komina”.
14. Niepewnie weszli do środka, stając pośrodku niewielkiego holu i popatrzyli po sobie (…)
15. (…) a żołądek związał się na supeł (…)
W supeł.
Rozdział trzeci
1. Odwrócił się błyskawicznie, próbując powstrzymać sumienie od zabierania głosu w myślach (…)
W sumie niepotrzebne takie uściślenie. Sumienie głos może zabierać tylko w myślach.
2. Uśmiechnął się na ułamek przed tym, jak gwałtownie wyskoczył z mieczem do przodu i dźgnął go w brzuch.
Dobra, chodzi o Sloana, wiem. Ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że dźgany nie został sprecyzowany. No i to samo określenie. Jakby miecz był wykałaczką…
3. Niebo tego dnia zapierało dech w piersiach swoim odcieniem błękitu, przypominającym głębię morza. Leniwie latające po nim chmury (…)
Nie przekonuje mnie określenie, że chmury latały po niebie. Wizualnie może i to tak wygląda, ale mimo wszystko się gryzie. Chmury sunące po niebie?
4. (…)bowiem Aarica była charłakiem, a Yarrow nie mogła jeszcze używać czarów poza domem.
Chyba poza szkołą, prawda?
5. Idę załatwić kilka spraw na mieście – odezwała się Aarica, dłonią osłaniając niebieskie oczy przed nadgorliwymi promieniami słonecznymi.
Zwiał myślnik? No i te nadgorliwe promienie słońca…
6. Usiadła w siadzie skrzyżnym na puchatym dywanie, wysypując nań zawartość kartonowego pudła (…)
Takie fachowe określenie jest tutaj celowe…? Wygląda troszkę zabawnie. Naprawdę lepiej sprawdzi się tutaj to niewyrafinowane „po turecku”.
7. Przysunęła je do siebie, sunąc nimi po dywanie (…)
8. (…)ignorując lawinę pytań, którą został przez zasypany przez syna.
9. Wyłożone ciemnozieloną tapetą ściany pomieszczenia były w każdym calu przesłonięte sięgającymi sufitu półkami na książki, a jedynym źródłem światła był zaprojektowany z przepychem żyrandol (…)
Ściany obłożone mogą być drewnem, panelami, boazerią. Tapetą chyba obklejone…
10. (…)i ułożyć swoją pękającą z bólu głowę na jednej z wygodnych leśnych poduszek (…)
Leśne poduszki?
Rozdział czwarty
1. Z jednej strony był dość rozeźlony, bo niewątpliwie William musiał zmienić szkoły tylko ze względu na jego dość ekstremalne wybryki, a z drugiej zaś cieszył się, że nie będzie w Hogwarcie całkiem sam.
Brzmi trochę tak, jakby to William robił wybryki.
2. Zastanawiał się, czy powinien kupić bratu spóźniony prezent na urodziny (…)
3. (…) Yarrow była zmuszona wcześniej spakować swój kufer. Nigdy nie rozumiała, dlaczego musiała pakować się na miesiąc przed wyjazdem do szkoły (…)
4. Jej mama była charłakiem pochodzącym z długowiecznej, słynącej z czystości krwi rodziny, w której tradycją było przekazywanie następnym pokoleniom różdżek po sławnych założycielach tego rodu(…)
5. Blaise natomiast został obdarzony znacznie lepszą kondycją od swoich kolegów (…)
Z tego zdania wynika, że oni mu tę kondycję podarowali. Ogólnie kondycja nie jest rzeczą nabytą; ją się ćwiczy.
e) pchnięcie (oryginalność) 2/5
Chciałam dać więcej, bo mimo wszystko postanowiłaś tworzyć coś swojego. Pożyczyłaś świat, ale wolisz poruszać się po swoich urozmaiceniach. Brakowało mi jednak solidniejszego podłoża, by przyznać więcej punktów. No i to lekkie potraktowanie kanonu. Świetnie idzie Ci poruszanie się po osobistych dodatkach, ale gdy już decydujesz się na cudze uniwersum, bierz je pod uwagę lub dosadnie zaznaczaj odstępstwa. Wampiry w Hogwarcie też nie są tematem świeżym.
3. Ostatni cios (punkty dodatkowe i/lub podsumowanie starcia) 0/5
Dziś nie czuję się na tyle oczarowana, by przydzielać punkty dodatkowe.
Cóż mogę rzecz? Przeczytałam. Nie nabrzmiało we mnie to internetowe „co mam teraz zrobić ze swoim życiem?”, które ponoć dopada po skończeniu genialnego tekstu lub książki. Z czystym sumieniem mogę jednak stwierdzić, że się nie zmęczyłam, bo Twoje dzieło jest przystępne i poprawne. Jednak to nadal nie jest literackie objawienie; coś, co z miejsca określiłabym objawieniem. Być może w przyszłości zerknę, by dowiedzieć się, jak zamierzasz poprowadzić relacje między bohaterami lub jak rozwinie się kilka wątków. Życzę Ci dużo weny do pisania. Dziś otrzymujesz ode mnie 65 punktów na 90 możliwych.
Ręce miała we krwi po łokcie, ale sprawnie operowała sztyletem, więc zdzieranie skóry szło szybko.
– Szlag by trafił tych mieszczuchów. Skórę sobie wymyślili. Kiedyś łeb wystarczyło dostarczyć i po kłopocie.
Popatrzyła chłodno na rozciągnięte na ziemi truchło. Prezentowało się nadzwyczaj apetycznie, zwłaszcza poharatane i gnijące mięśnie.
– Ghule sobie wymyślili. Ghule. Kiedy ja ostatnio ghula tu widziałam. Tutaj Alpów od cholery. Tylko komarów chyba więcej. Ale jedno i drugie lubi gryźć po rzyci.